Pycha. Jesteśmy już w Matriksie PDF  | Drukuj |  e-mail

Anna przestała istnieć w ciągu dwóch miesięcy. Jeszcze w listopadzie robiła pranie, sprzedawała klientkom tabletki na odchudzanie, malowała paznokcie. Pod koniec miesiąca powiedziała mężowi, że wreszcie znalazła wyzwolenie od wszystkiego.

***

W grudniu pojechała do Niemiec na intensywny Kurs Cudów. Po powrocie wyprowadziła się z domu. W lutym, popijając herbatę w kawiarni, poinformowała rodzinę, że jest duchem. A mąż, troje dzieci, mieszkanie w Bydgoszczy to tylko wymysł jej wyobraźni.

Kurs Cudów. Główka dziecka lata jak na sznurku
Próbuję wpaść w trans. Podpatruję wysokiego mężczyznę w kraciastej koszuli. Macha szybko głową do przodu i do tyłu, potem przerzuca ją na boki. Bardzo głęboko oddycha. Podnosi ręce do góry. Udało mu się: trzyma głowę odchyloną do tyłu, ma drgawki, spod przymkniętych powiek widać białka oczu. Naśladuję go.

Master-Teacher (mistrz-nauczyciel) Joan ma na sobie błękitny sweter. Trochę piegowata, przypomina Pippi Langstrumpf po sześćdziesiątce. Otwiera szeroko niebieskie oczy, uśmiecha się do każdego. Głaszcze po twarzy starszą kobietę w filcowych kapciach. Kobieta płacze. "Jak mi żal patrzeć, że się starzejecie" - ubolewa Joan.

Jest marzec, dwunasta w południe. Wszyscy wpatrują się w mistrza-nauczyciela z zachwytem. W małej sali wrocławskiego Centrum Szkolenia i Doradztwa odbywa się spotkanie członków Akademii Pełnego Zaangażowania.

Master Joan opowiada o Bogu, przebudzeniu, urzeczywistnieniu chrystusowego umysłu, cytuje z książki zatytułowanej "Kurs Cudów", podobnej do Biblii. Szczupły chłopak tłumaczy jej słowa na polski. "Jestem taka, jaką stworzył mnie Bóg. Skoro pozostaję taką, jaką stworzył mnie Bóg, to lęk nie ma znaczenia, zło nie jest rzeczywiste, a nieszczęście i śmierć nie istnieją". Zadaje pytania, nie oczekuje odpowiedzi. Trudno się skupić na jej słowach. Po 20 minutach gubię wątek. Po półtorej godziny rozumiem tyle, że nie istniejemy, a wszystko, co widzimy wokół, tylko sobie wyobrażamy. Jesteśmy myślą, która krąży wszędzie. Rozglądam się po sali. Kobiety płaczą, mężczyźni wybuchają histerycznym śmiechem. W kącie siedzi grupa pięciu Niemców. Tłumaczka szeptem przekazuje im słowa nauczyciela. Bez przerwy ktoś wprowadza się w trans. Mężczyzna z niemowlęciem na rękach skacze i robi zamaszyste półobroty. Główka dziecka lata jak na sznurku. Facet w kraciastej koszuli obok mnie doznaje uniesienia już piąty raz.

Anna. Coraz wyżej na drzewku kariery
Marek analizuje życie Anny. Odkąd odeszła, ma problemy z sercem, posiwiał. W nocy zastanawia się, kiedy jego racjonalna, pobożna i piękna żona zaczęła się zmieniać. Na pewno nie po ślubie, gdy on, inżynier rolnictwa (po szkole w Moskwie), i ona, inżynier chemik (po studiach w Bydgoszczy), mieszkali na wsi. Wtedy wszystko było poukładane. Były lata 80., na świat przychodziły dzieci (troje), on był agronomem, ona nauczycielką.

Może żona zaczęła się zmieniać, gdy na początku lat 90. wrócili do Bydgoszczy? On został policjantem, ona siedziała w domu. Któregoś razu kafelkarz, który remontował im łazienkę, powiedział, że jego żona zna świetny interes. Kupuje się kosmetyki i sprzedaje ludziom po domach.

Amway wessał Annę w połowie lat 90. Mówiła Markowi, że w końcu znalazła to, czego szukała - sama ustalała godziny, była niezależna. Słuchała kaset z instrukcjami, rysowała na kartonach drzewko kariery. Była na nim coraz wyżej. Potem Anna przerzuciła się na odkurzacze po 10 tysięcy złotych za sztukę. Wkrótce zaczęła sprzedawać tabletki na odchudzanie Herbalife. Świetnie zorganizowana, miała sieć ponad stu klientów. Zarabiała około 4 tysięcy złotych miesięcznie (Marek przeniósł się już wtedy do agencji ochrony - dostawał 1800).

Zadbana, perfekcyjny makijaż, pomalowane paznokcie, dobry obiad na stole. Oboje zadowoleni z życia. Tak się wtedy Markowi zdawało. Teraz pyta psychiatrę, która od stycznia mu pomaga, czy to jego wina. Nie poświęcał Anna wystarczająco dużo uwagi, nie jeździł z nią na szkolenia?

Kurs Cudów. Sam Jezus dyktuje książkę
Doktor Helen Schucman z Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku była wściekła. Jak ona, poważny psycholog, naukowiec, w wieku 56 lat może mieć wizje? Ale pod koniec lata 1965 roku zobaczyła, że jest w jaskini i trzyma w rękach duży zwój pergaminu. Na środku zwoju był napis "Bóg jest". Schucman usłyszała głos, że z lewej strony pergaminu może odczytać przeszłość, a z prawej przyszłość. Wskazała na słowa na środku i powiedziała: "Tylko tego chcę". W październiku 1965 roku ten sam głos odezwał się do niej ponownie: "To jest Kurs Cudów, zacznij notować".

Od tej pory spisywała słowa, które słyszała w głowie. Cały czas pracowała z upośledzonymi dziećmi i była poważanym naukowcem. O jej pracy nad książką nie wiedział nikt poza przyjacielem z uczelni. Chociaż nigdy nie nazwała po imieniu głosu, który jej dyktował "Kurs Cudów", wyznawcy wierzą, że robił to sam Jezus. Książka jest napisana językiem biblijnym, miesza buddyzm, hinduizm, nihilizm i mistycyzm. Autorka kwestionuje w niej doktrynę grzechu i ukrzyżowanie. Sugeruje, że Chrystus jako wyższa istota był świadomy iluzoryczności świata fizycznego. Ani nie cierpiał, ani nie zmarł na krzyżu.

Doktor Schucman zapisała w sumie 650 stron. Kiedy po siedmiu latach skończyła "Kurs Cudów", głos podyktował jej jeszcze 365 medytacji na każdy dzień roku i 90 stron "Podręcznika dla nauczycieli". Skończyła w 1976 roku. Zmarła cztery lata później. Do dziś sprzedano półtora miliona egzemplarzy "Kursu Cudów". Na całym świecie działa ponad 2 tysiące grup religijnych studiujących tę książkę.

Wojtek. Łączy ich letarg
Kasia ma 22 lata, jest studentką Uniwersytetu Wrocławskiego. Przez rok próbowała odciągnąć swojego chłopaka od Kursu Cudów. Pisze do mnie: „Wojtek pochodzi z małej miejscowości, około 120 km od Wrocławia. Ma 24 lata, jest studentem politechniki, mieszka w akademiku. Bardzo inteligentny, opanowany i wrażliwy. Byliśmy ze sobą ponad półtora roku, przyczyną rozstania była przynależność Wojtka do sekty o nazwie Akademia Pełnego Zaangażowania. Kiedy poznałam Wojtka, był już związany z kursem. Nie krył tego przede mną i nie próbował do tego przekonać. Poszłam z nim raz na sesję Kursu Cudów, żeby zobaczyć, jak to wygląda. Mój osąd: banda szaleńców, którzy mają nienaturalny uśmiech na twarzy, skaczą jak małpy, w kółko powtarzając te same bzdury. Poznałam kilka osób z APZ. Łączy ich nienaturalny spokój, coś jak letarg. Nikt tam nie myśli samodzielnie. To nie dziwi, bo jedną z nauk kursu jest uświadomienie sobie, że »moje myśli nic nie znaczą «. Czy nie jest to najprostsza droga do za-blokowania w uczestnikach nawyku krytycznego myślenia? Każdy uczestnik ma obowiązek codziennego korzystania z tzw. dwudziestominutówki. Jest to broszurka, w której zawartych jest pierwszych 50 lekcji z »Kursu Cudów « w wersji skróconej, aby można było łatwo zapamiętać, codziennie powtarzając. Więcej tam nie poszłam”.

Kurs Cudów. Mistrzowie budują Wiejską Siedzibę Boga
Na początku lat 90. w Baraboo w stanie Wisconsin w USA Charles Buell Anderson i Theodore Hector Poppo kupili teren ze starym motelem. Wyremontowany obiekt nazwali Wiejską Siedzibą Boga. Uznali siebie za Master-Teacherów (mistrzów-nauczycieli) Nowego Chrześcijańskiego Kościoła Pełnego Zaangażowania (New Christian Church of the Full Endeavor). Zaznaczyli, że stoją ponad wszelkimi religiami i wyznaniami. Za podstawę ideologiczną przyjęli "Kurs Cudów" i pozostałe dzieła doktor Helen Schucman. Zaczęli gromadzić wokół siebie ludzi, tworzyć filie Endeavor Academy w Australii i Europie.

Członkowie Akademii są zniechęcani do kontaktów ze światem, zrywają więzy z rodziną, przyjaciółmi. Oddają swoje majątki na rzecz Master-Teacherów, którzy ogłaszają ich "oczyszczonymi z zależności od pieniędzy". "Oczyszczeni" dowiadują się, że świat wokół nich nie istnieje, a wszystko jest tylko projekcją umysłu. Zaczynają wierzyć, że to, co dzieje się wokół nich, zależy od nich samych. Całymi dniami oglądają na wideo filmy, czytają "Kurs Cudów" i tańczą, wprowadzając się w trans. Tym, którzy odchodzą, mistrz Hector mówi, że są powodem wszelkiego zła na ziemi albo że umrą w ciągu sześciu miesięcy. Dla pozostałych członków Akademii są "poronionymi płodami".

Wojtek. Mistrz nigdy nie zachoruje
Kasia pisze: „O Kursie Cudów Wojtek dowiedział się z ogłoszenia wiszącego w jednym z barów wegetariańskich we Wrocławiu. Był osobą poszukującą wartości duchowych i samotną, nie miał tu zbyt wielu przyjaciół. Poszedł na sesję i szybko stwierdził, że to jest to, czego szukał przez całe życie. Wkrótce potem przeżył Wielkie Przebudzenie, w którym brał udział sam Master Charles Buell Anderson. Wojtek wielokrotnie wspominał to wydarzenie, zawsze z promiennym uśmiechem na ustach. Mówił mi, że mistrz nigdy nie umrze ani nawet nie zachoruje, bo »choroba jest ucieczką przed prawdą «. O ile taką fascynację pogodnym, wesołym guru byłam w stanie zrozumieć, to zdziwiła mnie reakcja Wojtka, kiedy mu powiedziałam, że przeczytałam w internecie (na jakiejś amerykańskiej stronie o sektach), że ten sam człowiek znęca się psychicznie i fizycznie nad swoimi uczniami. Wojtek odparł, że go to nie dziwi, zresztą mistrzowi wolno to robić”.

Kurs Cudów. Joan błogosławi jak Papież
Kończy się wykład. Stajemy boso w kręgu na dywanie. Z głośników płynie muzyka - ludzie zaczynają podrygiwać w rytm znanych piosenek popowych i rockowych (m.in. Phila Collinsa i Bon Jovi). Skaczemy, tańczymy, obracamy się w kółko. Większości udaje się wpaść w trans. Master-Teacher Joan stoi pośrodku. Jak Papież przytula najbliżej stojących, kładzie im ręce na czołach. Dotknięci przez nią płaczą. Czasem podnosi prawą rękę nad głowę. Nie uśmiecha się, w skupieniu patrzy ludziom w oczy. Taniec trwa godzinę. Przerwa.

Anna. Dziecko, dasz sobie radę beze mnie
Półtora roku temu Anna rozpoczęła dwuletni kurs masażu. Planowała, że z Tomkiem, kolegą z Herbalife, otworzą gabinet masażu. Podobało się jej na kursie. Czytała dużo książek o samodoskonaleniu, feng shui i oddychaniu. Ranki spędzała przed oknem na medytacjach, ćwiczeniach oddechu i gimnastyce. Namawiała do tego córkę i dwóch synów. Wykręcali się.

Pewnej niedzieli stwierdziła, że nie idzie do kościoła. "To obłuda - tłumaczyła. - Ludzie się modlą, a zachowują się inaczej, niż nakazuje religia. Mogę się modlić tam, gdzie chcę".

W listopadzie, po pierwszych spotkaniach Akademii Pełnego Zaangażowania, Anna przestała się malować, nosić biżuterię i jeść mięso. Kurczaka, którego miała upiec w sobotę na obiad, nagle odrzuciła z obrzydzeniem. W grudniu pojechała do Wusterwitz w Niemczech, gdzie jest filia Endeavor Academy. Miała być trzy dni, została tydzień. Wróciła rozpromieniona. "Zaproponowali mi wyjazd do Ameryki, do Baraboo" - cieszyła się. Przed sylwestrem powiedziała, że znów wyjeżdża do Niemiec. "Mamo, zostań" - prosiła córka. Odparła: "To moje prze-znaczenie, dziecko. Bóg mi wskazuje drogę. Dasz sobie radę beze mnie". Z domu wyszła z jedną zmianą bielizny w torbie. Przed wyjazdem pożegnała się z ojcem i ciotką. Pożyczyła od nich 2 tysiące złotych. "Jakby żegnała się ze mną na zawsze" - powie potem ojciec Anny.

Z listu Anny do rodziny: „(...) Kurs Cudów jest teraz dla mnie najważniejszym celem. Mój świat, czyli moje myśli uległy całkowitej zmianie. Być może trudno je zrozumieć z perspektywy mojego poprzedniego myślenia, które było takie, jakie wy macie obecnie. (...) Dla tej miłości Bożej rezygnuję świadomie z dóbr tzw. doczesnych, czyli iluzyjnych »wartości « bycia z rodziną, pieniędzy, pracy itp. Jak i »ludzkich « niepokojów, np. poczucia winy. (...) To, że nie ma mnie fizycznie obok was, jest to wolą Boga. Dlaczego jest to dla nas najlepsze? Nie musimy tego wiedzieć. Polecam wam przeczytać materiały, które zostawiłam, na pewno przybliżą wam to, o czym piszę”.

Kurs Cudów. Każdy marzy, by być mistrzem
Niewiele wiadomo o polskiej Akademii Pełnego Zaangażowania. Działają od czterech lat. Założycielem była Olimpia Wereżyńska z synem Rafałem. Najsilniejsza jest grupa wrocławska, ale mają swoje oddziały w Toruniu, Szczecinie, Warszawie. Nie wiadomo, ilu jest członków APZ. Ojciec Tomasz Franc z Dominikańskiego Ośrodka Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach wie o co najmniej kilkudziesięciu. Spotykają się kilka razy w tygodniu w prywatnych mieszkaniach, czasem w wynajętych salach. Wspólnie medytują, wpadają w trans i czytają "Kurs Cudów". Najbardziej obiecujący członkowie APZ wyjeżdżają do ośrodka Endeavor w Wusterwitz. Najbardziej oddani członkowie APZ mieszkają razem. Zostają nauczycielami (Teacher). Każdy marzy, żeby w przyszłości osiągnąć stopień Master-Teacher. Nie- którzy oddają pieniądze na utrzymanie pozostałych. Planują też stworzyć swój ośrodek. "...Nie boimy się sprzedać wszystkiego, co mamy, aby dawać i tylko dawać. Ja osobiście sprzedałam działkę, aby pomóc w drukowaniu materiałów, i z pewnością nie zawaham się sprzedać mieszkania, kiedy przyjdzie moment kupienia stałego ośrodka dla naszej działalności" - napisała Olimpia Wereżyńska w ubiegłym roku do dominikanów.

Kurs cudów. Wyobraź sobie, że jesteś Amerykanką!
Staram się dowiedzieć czegoś więcej o APZ podczas wieczornego spotkania na Kursie Cudów. Pijemy kawę w małej kuchni. Wszyscy są przemili, uśmiechnięci, pomocni. Zwyczajnie ubrani, uczesani, gospodynie domowe, nauczyciele, bankowcy, studenci. Zdejmują buty, wkładają kapcie albo chodzą boso. Nie udzielają odpowiedzi wprost. Byli dziś razem na filmie "Pasja".

- Podobało ci się? - pytam Henryka. Jest w APZ od początku. Wesoły, serdeczny, ale bardzo czujny, przed pięćdziesiątką.

- Nie będę oceniał, oceny nie istnieją - odpowiada.

Nic o sobie nie mówią. Rafał Were-żyński, współzałożyciel APZ w Polsce, tłumacz podczas spotkań, ściska mi dłoń i mówi, że cieszy się z mojej obecności. - Od ilu lat istniejecie na świecie? - próbuję się dowiedzieć.

- A czy to ważne? Przeszłości nie ma - znów uśmiech.

Mariusz, młody chłopak z kitką, jest bardziej rozmowny. Proszę, żeby wyjaśnił mi swoimi słowami, o co chodzi w Kursie Cudów. - Nas po prostu nie ma - mówi. - Tak jak tego obrazka na ścianie - pokazuje zdjęcie z zachodem słońca. - Tak jak twojej ręki. Ludzie umierają, bo ty tego chcesz. Bo tak to sobie wyobrażasz. Naprawdę nie istnieją twoje kłopoty, pieniądze, rodzina. Wszystkim kieruje myśl, bo my jesteśmy myślą. Bóg jest myślą.

- Szkoda, że wyobrażam sobie siebie jako biedną Polkę, a nie bogatą Amerykankę - wzdycham.

- Ależ to zależy od ciebie. Wyobraź sobie, że nią jesteś, i tak się stanie pewnego dnia.

Naszej rozmowie przysłuchuje się elegancka pani. Z wyglądu nauczycielka. Strofuje Mariusza, że miesza mi w głowie. Dowiem się wszystkiego po kolei. Teraz idziemy na Sesję Światła.

Wojtek. Gwiazda z łukiem
Kasia pisze: „Pieniędzy, jak to student, Wojtek raczej nie miał. Ale podejrzewam, że gdyby było inaczej, to wszystko by im przekazał. Świadczyć o tym może fakt, że był skłonny jechać do Wisconsin na kurs, który kosztował bodajże 1000 dolarów plus koszty utrzymania i podróż samolotem. Rodzice mieli mu zapłacić za samolot (nie wiedzieli, gdzie dokładnie Wojtek chce jechać). On liczył, że znajdzie pracę na miejscu i zarobi sobie na kurs. Cały czas utrzymywał, zgodnie z polityką grupy, że datki są dobrowolne. Nie otaczał się przedmiotami kultu. W swoim pokoju miał tylko jedną koszulkę z ich znakiem, kupioną w Niemczech. Przez jakiś czas na monitorze komputera wyświetlał mu się znak Endeavor Academy - gwiazda z łukiem. Miał też oryginalną wersję »Kursu Cudów «, więc siedział ze słownikiem i tłumaczył. Ukrywał tę książkę przed rodzicami, bo bał się, że mogą mu zabrać i wyrzucić”.

Kurs Cudów. Biada wam, ślepi przewodnicy!
Ojciec Tomasz Franc, dominikanin z Wrocławia, dokumenty na temat Akademii Pełnego Zaangażowania trzyma w czarnym segregatorze. Obserwuje jej członków, odkąd zaczęli działać w Polsce. Notuje adresy, gdzie wynajmują mieszkania na sesje, numery telefonów podawane na plakatach (szybko stają się nieaktualne), wyszukuje strony APZ w internecie (często zmieniają się adresy). Pisze na ich temat raporty, stara się znaleźć słabe punkty APZ. Nie wiadomo, jak wygląda utrzymanie Akademii, zbieranie datków, rozliczanie się z podatków wobec wielkich darowizn.

Członkowie Akademii znają ojca Franca. Piszą do niego listy. "(...) Biada wam, ślepi przewodnicy! Przecedzacie komara, a połykacie wielbłąda. (...) Czemu nadal, jak za czasów Inkwizycji, prześladuje się sprawiedliwych i pragnących jedynie służyć Bogu (...)".

Pięcioro członków APZ, w tym współzałożyciel Rafał Wereżyński, w ubiegłym roku odwiedziło ojca Tomasza Franca.

- Mówili o miłości, uśmiechali się - wspomina zakonnik. - Ale przyparci do muru byli agresywni. Stawali nade mną, wytrzeszczali oczy, wołali "proszę na mnie patrzeć". Zwykłe techniki psychomanipulacji.

Wojtek. Kurs nie może być zły
Kasia pisze: "Trudno mi powiedzieć, jak bardzo Wojtek się zmienił po przystąpieniu do Akademii, bo nie znałam go wcześniej. Według jego rodziców stał się bardziej grubiański w stosunku do nich (chociaż kurs rzekomo uczy wybaczenia), zaczął też kłamać, czego podobno wcześniej nie robił. Kłamał, że już nie chodzi na spotkania Kursu. Nic do niego nie docierało. Skontaktowałam się z Dominikańskim Ośrodkiem Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach. Postanowiłam zawalczyć o Wojtka. Byłam z nim na prelekcji na temat sekt u dominikanów, dostarczałam materiały na temat sekt i psychomanipulacji, w których opisy ewidentnie pasowały do metod stosowanych przez Akademię. On jednak mówił że Kurs Cudów nie może być zły, a ci, którzy tak myślą, niczego nie wiedzą. Trwało to ponad rok. Do czasu, kiedy oświadczył mi, że kurs jest dla niego bardzo ważny i jeśli tego nie zaakceptuję i będę mu stać na drodze, to się pożegnamy. Rozstaliśmy się ponad dwa miesiące temu".

Anna. Jestem już doskonała
Na początku Anna słała z Niemiec SMS-y.

W połowie lutego zadzwoniła do Marka: "Jadę do Wrocławia, bo przyjeżdża ze Stanów master Joan. Jest niesamowita okazja, żebyście się zajęli Kursem Cudów". "Pewnie, że przyjedziemy! Ale po to, żeby zobaczyć się z tobą. Dzieciaki tęsknią" - wołał Marek do słuchawki. Pojechał z córką. Synowie nie chcieli. Spotkali się w kawiarni przy wrocławskim rynku. "Mamy problemy, długi, tęsknimy za tobą. Wróć. Wszystko ci wybaczymy. Kocham cię, Anno" - prosił Marek nad szarlotką. Uśmiechała się spokojnie. "Wszystko jest iluzją. Wasze problemy nie istnieją, sami sobie wytwarzacie w myślach pieniądze, sprawy rodzinne, kłopoty". Poleciła im, żeby oglądali "Matriksa", to będą w stanie zrozumieć, o co jej chodzi. "Musicie umrzeć jeszcze kilka razy i narodzić się ponownie, żeby dojść do tego poziomu, na którym już jestem. Ja jestem już doskonała" - powiedziała. Zachęcała do udziału w Kursie Cudów. Odmówili. Zapytali, co z nią teraz będzie. "Bóg wskaże mi drogę" - pożegnała się.

Kurs Cudów. Po co wam ośrodek, skoro was nie ma?
Próbuję nawiązać kontakt z założycielami Akademii Pełnego Zaangażowania. Telefonów podanych na stronie internetowej nikt nie odbiera. Piszę więc pod wskazany adres, że jestem dziennikarką i uczestniczyłam w Kursie Cudów. Przyznaję, że zbieram informacje o APZ i wiem, że są uważani za sektę. Zadaję kilka pytań. Czy Bóg wymaga od uczestników Kursu Cudów zrywania kontaktów z rodziną? Jeżeli jesteśmy duchami i nic nie istnieje, to po co się czymkolwiek zajmować? Po co ubierać się, myć, jeść? Po co wam ośrodek, skoro was i niczego wokół nie ma? Dlaczego wpadacie w trans? Czy Bóg wymaga od nas chwilowej utraty świadomości? Z czego się utrzymują członkowie APZ?

Odpowiedzi nie przyszły.

Kurs Cudów. Kwantowy skok w myśleniu
Po tygodniu Rafał Wereżyński pisze do mnie długi list. Nie odpowiada bezpośrednio na pytania. "Nie rozumiem, dlaczego ktokolwiek chciałby nas nazywać sektą, skoro nauczamy czystego przesłania Jezusa, Jego Kazania na Górze i przykazania miłości (...). Nie nauczamy nikogo zrywania z rodzinami. Mówimy, że jesteś całkowicie odpowiedzialny. Istotą naszego nauczania jest indywidualna przemiana umysłu. To podstawa Akademii Pełnego Zaangażowania. Nie mówimy nikomu, jak ma się zachowywać ani co ma robić. Jest to całkowicie indywidualne. Zajmujemy się jedynie przemianą umysłu - poprzez Moc Ducha Świętego i Umysł Jezusa Chrystusa. To prawdziwe wydarzenie! Wiem, bo sam tego doświadczyłem i nieustannie doświadczam".

"Zamiast skupiać się na jakichś oskarżeniach - dodaje - i tworzyć kolejny artykuł pozbawiony znaczenia, można by napisać, czym rzeczywiście jest Kurs Cudów. Naprawdę dziwi mnie, że żaden dziennikarz nie chce się tym zainteresować. Czyż można prosić o lepszy temat na artykuł? Przecież Kurs Cudów to rewolucja umysłu, kwantowy skok w myśleniu, kompletna przemiana ku Oświeceniu stanowiącemu nieuniknione prze-znaczenie ludzkości".


*Imiona Marka i Anny zostały zmienione

Magdalena Grzebałkowska

Tekst ukazał się w Gazeta Wyborcza - Magazyn "Duży Format" nr 83/2004.
Dziękujemy Redakcji "GAZETY WYBORCZEJ" za udostępnienie tekstu. 

 
home | o nas | wydarzenia | porady | słownik | grupy i ruchy | zjawiska | prawo a sekty | kościół a nrr | książki | linki | kontakt
Copyright (c) 2007, BadzWolny.eu | Obsługa informatyczna: Grapes.pl